Osiatkowaliśmy się Drukuj Email

Balkon

 

Koty pojawiły się w naszym życiu 5 lat temu.

Najpierw Toffik – dorosły, czarny kocur ze zwichrowaną psychiką. Wychodzący.

Mniej więcej po roku dołączyła do nas Matylda – bura, niepełnosprawna kotka. Bura Miłość mojego życia, kotka, której już między nami nie ma.

Toffik, mieszkający z moją mamą wychodzi. Korzysta z parterowego mieszkania i dość spokojnej okolicy. Gdyby to miało zależeć od nas, nie wychodziłby. Niestety, przygarniając dorosłego kota ze swoimi naleciałościami, to raczej człowiek musi się do niego dostosować, nie odwrotnie. Tak więc Toffik wychodzi i jest to jego suwerenna i bezdyskusyjna decyzja.
Matylda, będąc kocięciem, przeżyła panleukopenię. Nie skakała. Szczerze mówiąc, miała ogromny problem z poruszaniem się. Nie biegała, tylko śmiesznie podskakiwała na wszystkich czterech łapkach. Nawet chodzenie było dla niej nie lada wysiłkiem.

Póki mieszkaliśmy tylko z Matyldą, problem okien czy balkonu, mimo 8-mego piętra, nie istniał dla nas. Zabezpieczyliśmy jedynie barierkę tak, by Tyldzia nie wypadła z balkonu między jej prętami. Czasem nachodziła nas myśl, że kiedyś, kiedyś, w bardzo odległej przyszłości, jak Matyldy zabraknie, trzeba będzie pomyśleć o zabezpieczeniach. Jeśli oczywiście będziemy myśleć o jakimkolwiek innym kocie, niż nasza Bura Kocica. Ale ani ja, ani Grzegorz, nie braliśmy w ogóle takiego scenariusza pod uwagę, żeby Tyldy mogło z nami nie być. Grzegorz też nie brał pod uwagę wersji takiej, że nie będzie mógł wychylić się przez balkon czy z okna, że nie będzie mógł podziwiać pięknego widoku na naszych wysokościach. I tak błogo żyliśmy cztery lata. Pod koniec 2009 roku padaczka zabrała nam Matyldę. Nie chciałam innego kota. Nie umiałam pożegnać się z Matyldą. Nie umiałam i nie chciałam bez niej żyć. W takim marazmie trwałam około tygodnia.

Po tygodniu nie umiałam wytrzymać w domu, w którym nie było kota. I tak od grudnia zaczęły przewijać się przez nasz dom, mniej lub bardziej potrzebujące i chore koty. No, ale cały czas mieliśmy zimę. Problem okien i balkonu nie był w sumie żadnym problemem.

W marcu 2010 roku postanowiliśmy, że jeden z naszych tymczasów zostaje z nami. I tak opolski Krakus, teraz Fuffek, stał się pierwszym rezydentem po śmierci Matyldy.

Po niezbyt długim czasie dołączyły do nas kolejne tymczasy – rudy Ryżyk i bury Mundek.

Nie wiadomo kiedy przeleciała wiosna, przyszło lato. Z latem przyszły upały. Na domiar złego, chłopaki jak dzicy zaczęli interesować się oknami. A pod balkon to już urządzali regularne pielgrzymki i demonstracje. Było też jasne, że i my okna musimy pootwierać, z balkonu chcemy i musimy korzystać. Trzeba było coś zabezpieczyć. Wątpliwości było mnóstwo. Siatki w oknach? A Widok? A poczucie wolności? Jak można się okratować???? Ale upały nie odpuszczały. Koty też nie. W domu był zaduch, skwar. Nie dawało się wytrzymać.

Zapadła decyzja, siatkujemy się.

Tylko co? Tylko balkon? A co z sypialnią? Zamykać się na noc przed kotami? A jak wietrzyć kuchnię? Zaznaczam, że nie mamy w niej drzwi. Jakby tego nie roztrząsać – musimy osiatkować wszystko. Jak już uświadomiliśmy sobie tę sprawę i przyjęliśmy do wiadomości, że innego wyjścia nie ma, pojawił się problem natury technicznej – jak to zrobić?

Obczytując Internet, rozmawiając ze znajomymi, Grzegorz wysnuł jakieś tam wnioski i uknuł plan. Zamówiliśmy siatkę – profesjonalną, u producenta (www.poldannet.pl). Znaleźliśmy firmę budowlaną, która zgodziła się wywiercić szereg otworów we wnękach okiennych oraz wzdłuż krawędzi balkonu. Zakupiliśmy kołki zakończone metalowym haczykiem (nazywane też hakami sufitowymi), linkę żeglarską oraz śruby rzymskie.

Technicznie, samo wykonanie było dosyć proste:

  1. Pan z firmy budowlanej, odpowiednią wiertarką wywiercił kilkadziesiąt dziur we wnękach okiennych oraz balkonie. Dziury najlepiej wiercić w maksymalnej odległości 35cm. W każdą dziurę wkręcił po kołku z haczykiem. Kołki wkręcone są tak, by przerwy w haczykach (te, w które później włożona była linka) były naprzemiennie – raz do wewnątrz, raz do zewnątrz.
  2. Linkę żeglarską przepletliśmy przez ostatni (lub przedostatni, zależnie od wielkości siatki względem okna) rządek oczek siatki, zostawiając na jednym z boków miejsce na śrubę rzymską.
  3. Linkę zahaczyliśmy na kołkach, rozciągając całość siatki na oknie.
  4. Na końcu pozostało naciągnąć linkę, najpierw na maksa ręcznie, później za pomocą przywiązanej do niej śruby rzymskiej. I już. Okno zabezpieczone. Na balkonie użyliśmy dwóch śrub, po obu krótszych bokach balkonu.

I to w sumie wszystko. Technicznie cała operacja okazała się stosunkowo prosta. A „psychicznie”? Razem z Grzegorzem odetchnęliśmy. Pootwieraliśmy okna i balkon, przewietrzyliśmy zaduszone mieszkanie. Z błogim spokojem obserwując chłopaków, jak śmigają po parapetach, wylegują się na balkonie, bezpiecznie korzystają ze słońca i widoków z 8-mego piętra. Fakt, nie wychylamy się już przez okna, nie opieramy się na barierce balkonu. Nie wystawiamy rąk przez okno, by sprawdzić czy pada. A nasze piękne widoki są teraz w zielonkawo-morską kratkę. Czy to nam przeszkadza? Bynajmniej. Przyzwyczailiśmy się do tego bardzo szybko. W niczym nam siatki nie przeszkadzają, a spokój z jakim możemy się teraz wietrzyć, wart jest wszystkiego.

Osiatkowanie obu okien i balkonu nie okazało się wielką rewolucją w naszym życiu. Tym bardziej żadną tragedią. Nie czujemy się uwięzieni, ani ograniczeni w żaden sposób. Pranie na balkonie spokojnie może się suszyć, a i my możemy swobodnie w słoneczny dzień wypić na nim kawę czy zjeść posiłek. Śpimy przy otwartym oknie, wdychając świeże powietrze, a koty towarzyszą nam drzemiąc na parapetach. Ja już wiem, że nie da się żyć z zamkniętymi oknami. To jest niewykonalne, chyba, że komuś odpowiada mieszkanie w gorącym, dusznym mieszkaniu. A otwierać okna, nawet uchylnie, ryzykując zdrowiem i życiem futrzastego członka rodziny? Tym, że zawiśnie nam w uchylonym od góry oknie, przerwie sobie kręgosłup i będzie umierał długo i w strasznych męczarniach? Tym, że pod oknem znajdziemy umierający lub już martwy worek na połamane kości? Myślicie, że warto? My już wiemy, że nie. Wy, odpowiedzcie sobie na to pytanie sami…

Pamiętajcie, to że kot nie wypadł z okna przez rok czy dwa lata, czy nawet przez pięć lat, nie oznacza, że szóstego roku nie zobaczy za oknem czegoś tak interesującego, że będzie warto za tym skoczyć. A po takim czasie człowiek nabiera pewności co do kota, przestaje być czujny i w końcu go starci.

Jeśli nasunęły się Wam jakieś pytania natury ludzkiej czy technicznej, piszcie do nas, zawsze postaramy się pomóc, coś podpowiedzieć. Jeśli chodzi o dokładniejsze, techniczne wskazówki dotyczące osiatkowania różnych okien i balkonów zapraszam na świetną stronkę forumowiczów z forum.miau.pl:

http://kocia_stronka.republika.pl/siatki.html

 

na samej stronie miau.pl też jest dział o kocim bezpieczeństwie:

http://www.miau.pl/zabezpieczenia/

 

Osiatkujcie się, to nie boli ;)

 

autor: Patrycja Kwiatkowska

Adres poczty elektronicznej jest chroniony przed robotami spamującymi. W przeglądarce musi być włączona obsługa JavaScript, żeby go zobaczyć.

 

Fuffek na oknie w sypialniFuffek na oknie w sypialni Kołek w parapecie sypialniKołek w parapecie sypialni Okno kuchenneOkno kuchenne Kuchnia lewy górny rógKuchnia lewy górny róg Kuchnia prawy górny rógKuchnia prawy górny róg Prawy dolny róg kuchniPrawy dolny róg kuchni Kołki w parapecie kuchennymKołki w parapecie kuchennym Śruba rzymska kuchniaŚruba rzymska kuchnia BalkonBalkon Lewy górny róg balkonuLewy górny róg  balkonu Prawy górny róg balkonuPrawy górny róg balkonu Śruba rzymska balkon prawaŚruba rzymska balkon prawa Śruba rzymska lewa balkonŚruba rzymska  lewa balkon Mundek na oknie w sypialniMundek na oknie w sypialni Roderyk na oknie w sypialniRoderyk na oknie w sypialni Wspólny posiłek na oknie w kuchniWspólny posiłek na oknie w kuchni Mundek na balkonieMundek na balkonie Roderyk na balkonieRoderyk na balkonie Mundek na półce balkonowejMundek na półce balkonowej Mundek przy pieńkuMundek przy pieńku