ZA (DO) KOCENIE - NASZA HISTORIA Drukuj Email

Edward_sygn

 

„Jest kotek na działce, taki rudy, fajny. Daje się brać na rączki. Bierzesz??”. Takim tekstem uraczyła mnie przyjaciółka w kwietniu 2009 r. Roześmiałam się radośnie. „Marcin go chce”, dodała znacząco. O tak, deklaracja po zwielokrotnionym integrowaniu się na działce, miała rzeczywiście moc sprawczą… Decyzja, jak to miewam w zwyczaju, musiała być szybka.

 

 Wkrótce przysłała zdjęcia. Hmm… no rudy kotek… Taki zwyczajny.

Edward_1Edward

 

 Ale zobaczyłam to zdjęcie:

Edward_2

 I zakochałam się.

 

Decyzja jednak nie była tak prosta, jakby się to wydawało na początku. Przede wszystkim wszystkie moje dotychczasowe zwierzęta miałam pod wspólną opieką z rodzicami. Mój narzeczony w ogóle nie miał w domu żadnego zwierzęcia, nawet chomika. Zabranie takiego kota na pokoje oznaczało kilkunastoletnie pozbawienie się swobody przemieszczania. Zmuszało nas do odpowiedzialności i dbanie o los małego stworzenia. A to już było COŚ. Po wstępnym entuzjazmie nasza odpowiedź była na „nie”. Dokładnie za pięć dwunasta zadzwoniłam do Agaty i oznajmiłam jej decyzję.

„Jedziemy po niego!”

Tak to zaczęła się nasza kocia przygoda. Intensywnie rudy kocurek zauroczył wszystkich –  od nas począwszy na weterynarzach skończywszy. Dostał dumne imię Edward i zadomowił się w domu. Szybko pokazał, kto rządzi ;)

Po przejściach typu kastracja, wspólne wakacje nad morzem i wycieczka do Biskupina nadszedł czas na zmiany. Nie wiem kiedy minęły 4 miesiące. W międzyczasie zaczęłam się bardziej interesować kocimi sprawami. Ja – koci laik, powoli się we wszystko wgłębiałam. Był to moment, kiedy zetknęłam się z wątkiem opolskim.

Kot Edward rósł zdrowo, mimo to czegoś mu brakowało. Kocurka „nosiło”. Pragnął zabaw, gonitw, towarzystwa. My, zmęczeni pracą i codziennymi obowiązkami, mieliśmy poczucie winy, iż nie zajmujemy się nim dostatecznie dobrze. Decyzja o wzięciu drugiego kota, tym razem z opolskiego schroniska, zapadła u mnie szybko przy zaciętym oporze ze strony narzeczonego.

Nadszedł ten wielki dzień. Zaopatrzyliśmy się w transporter, smycz. Wiedzieliśmy nawet jaką kotkę weźmiemy. Pragnęliśmy pięknej, nieufnej burasi – Tamarki. Niemal natychmiast od wejścia na kociarnię łapkę ku nam, przez kraty, zaczęło wyciągać małe bezczelne czarne, z błyszczącymi złoto-zielonymi oczami. Klaudia zadecydowała.

- Sama tego chciałaś - pomyślałam.

Heksa

 

Obawiałam się różnych rzeczy: że Edek będzie atakował kotkę, że się nie polubią i będą się ignorować, że przez najbliższe 15 lat będziemy mieć parę nienawidzących się wzajemnie kotów. Totalnym zaskoczeniem była agresja Małej w stosunku do Edusia. Straszne, mordercze walki trwały bardzo długo. Pierwszego dnia byliśmy załamani tym co  się działo. Mieliśmy poczucie klęski, a ja jako inicjatorka adopcji uważałam się za autorkę największej krzywdy ukochanego kocurka.  Kot chodził niemal zaszczuty przez kotkę. Nie mógł zjeść w jej obecności. Młoda wiała gdzie pieprz rośnie lub gwałtownie atakowała. Nas traktowała jak powietrze, unikając jakiegokolwiek dotyku. Cóż, początki nie były łatwe. Nigdy jednak nie myślałam o oddaniu kotki z powrotem do schroniska. Trudno, koty się nie dopasowały, ale ufałam, iż dożyję momentu, gdy przynajmniej zaczną się tolerować.

Zmiany w zachowaniu kotki były bardzo subtelne. Czasami pozwalała Edowi jadać w swoim towarzystwie. Nie atakowała przechodzącego kota. Już nawet ptaki oglądały wspólnie na parapecie.

Najbardziej wyrazista odmiana nastąpiła po ok. czterech miesiącach. Stało się to nagle. Wspólne zabawy, spanie razem, wyżeranie wzajemne z miseczek. Widać było, iż wzajemnie się szukają i czerpią przyjemność z własnego towarzystwa. Kocur nauczył się, jak jej nie pokiereszować podczas zabawy. Młoda opanowała odruchy i chęci wydrapywania mu oczu. Klaudia w między czasie zmieniła imię na Heksę- z racji charakterku.

Po tych siedmiu miesiącach ze strachulca, histeryczki, szczerze i zapalczywie nienawidzącej kocura Edwarda, outsiderki Heksa vel Klaudia okazała się: imprezowiczką (wieczorne Party z Surowinką to jest to!),
śpiewaczką (głośne i charakterystyczne mriau!!! - o każdej porze i przy byle jakiej okazji, najlepsze są, oczywiście, te błahe), zabawiarą - główna jej cecha charakteru; kocicą wyrafinowaną - śpiącą na laptopach (resetując dane), puchatych kołdrach małżeńskiego łoża (podczas, gdy my gnietliśmy się na kanapie w salonie), na łydce męża; odkrywcą - nauczyła się otwierać drzwi wyjściowe - celem spacerów??; kocicą świadomą swej urody - mruczenie i głaski rezerwuje tylko i wyłącznie dla mężczyzn (w tym wypadku, mojego męża). I uwielbia prowokować kota Edwarda szalonymi galopami, których to dumne, stateczne kocisko nie jest w stanie ignorować; kończąc swawole przytulone do siebie na wspomnianej kołderce...

Dokocenie czasami bywa bezproblemowe, a czasami niesie wiele goryczy i płaczu. Nie należy się poddawać. Dzisiaj nie wyobrażamy sobie życia bez obojga naszych kotów, a i one są ze sobą szczęśliwe. Zobaczcie sami:

   

 

Kasia Trzybińska