Kastracja kotki - dlaczego tak? Drukuj Email
A może lepiej zacząć od pytania – Dlaczego NIE?

Nie ma ani jednego rzeczowego, naukowego i potwierdzonego badania by kastracja kotów czy psów szkodziła ich psychice, by zwierzęta odczuwały to jako jakąkolwiek krzywdę, czuły się nieszczęśliwe czy okaleczone.

Dlaczego TAK?

1. Aspekty psychiczne.

Zwierzęta nie czują emocjonalnej więzi z narządami płciowymi. Nie identyfikują się z nimi. Póki koty są płodne ich jedynym celem jest rozmnażanie się. Nie ma mowy o osobowości kota póki ma zdolność do rozmnażania się. Kot praktycznie nie ma osobowości ponieważ rządzą nim hormony i chęć posiadania potomstwa. Kotka od momentu pierwszej rujki jest gotowa do posiadania kociąt. Ruja jest w stanie trwać praktycznie non stop, od porodu do następnego zapłodnienia. Kotka w rui bardzo się męczy. Chodzi z wypiętą pupą, na ugiętych łapkach, tarza się po podłodze i ociera się o wszystko. Posikuje wszędzie znacząc teren, informując, że jest gotowa do posiadania potomstwa. Zawodzi, szuka każdego sposobu na ucieczkę z domu (łącznie ze skokami z okna czy balkonu, niezależnie od piętra). Jest podenerwowana. Mimo, że człowiekowi się wydaje, że teraz jest taka „miziasta" i przytulasta. Ma jeden, jedyny cel. Po kastracji, kotka uspakaja się, nie szarpie nią chęć rozmnażania się. Jest po prostu kotem. Wtedy można mówić o jej osobowości, charakterze, upodobaniach czy niechęciach.

Kolejnym aspektem „psychologicznym", który może podziałać na wyobraźnię człowieka jest wyjaśnienie czemu kotki tak bardzo krzyczą w trakcie zespolenia? Bynajmniej nie z rozkoszy. Prącie kocura ma budowę łuskowato-haczykowatą. Kiedy wycofuje on prącie, łuski te, zaczynają „ranić" kocicę. Ona krzyczy z bólu. Owszem, tak to wymyśliła natura, bo właśnie ten ból uwalnia odpowiednie hormony potrzebne do zapłodnienia ale czy nie lepiej swojej kotce zaoszczędzić tej „natury"?

2. Aspekty zdrowotne.

Sądzi się, że nawet 80% niekastrowanych kotek zapada na choroby układu rozrodczego. Guzy gruczołów mlekowych, jajników, ropomacicze. W bardzo wielu przypadkach kończą się one śmiercią. Guzy sutków dają przerzuty do płuc. Ten nowotwór jest śmiertelny.

Oczywiście, jest hormonalna metoda zapobiegania rui. Oprócz tego, że wstrzymuje rujkę i nie dopuszcza do rozmnażania się, nie ma żadnej pozytywnej strony. Nie licząc stałego dopływu kasy dla weterynarzy, którzy często zalecają hormony ponieważ są to stałe, regularne wizyty a co za tym idzie – pieniądze. Zabieg chirurgiczny to tylko jednorazowy dochód. Natomiast hormony nie dość, że nie zapobiegną wymienionym powyżej chorobom, to jeszcze uczynią je szybszymi i pewniejszymi.

Sprawa chorób wirusowych. Rozmnażając swoją kotkę narażamy ją i jej potomstwo na zarażenie się dwoma, śmiertelnymi chorobami wirusowymi – kocią białaczką (FeLV) oraz kocim HIV (FIV) a co za tym idzie zachorowanie na AIDS (FAIDS). Obie choroby są nieuleczalne, śmiertelne i tragiczne w ostatnich stadiach. Nawet jeśli kryjemy kotkę nieprzypadkowym kocurem, nie mamy pewności, że nie jest on nosicielem, któregoś z tych wirusów. Wciąż jeszcze mało osób robi swoim kotom testy na te choroby (kot może być nosicielem nie mając widocznych oznak choroby).

3. Czynnik ludzki.

Dużo osób podchodzi do kastracji z jeszcze jednym argumentem: „chcę mieć kocięta od swojej kotki". Pomijając to, że niezrozumiałym jest, że to właśnie ludzie, a nie zwierzęta, utożsamiają się z narządami rodnymi swoich podopiecznych, czują się jakby sami posiadali potomstwo czy jakby sami poddawali się zabiegowi kastracji, twierdzenie to ma inne, tragiczne skutki. Jeśli świadomie rozmnaża się swoją domową kotkę (pomijam „chory" powód tzw. pseudo-hodowli) trzeba się liczyć z tym, że kilku (nawet i ośmiu) kociętom trzeba będzie znaleźć domy. Zawsze znajdzie się jakiś znajomy, który kociaka weźmie, okej. Ale co będzie jeśli takich znajomych będzie za mało? Odda się „swoje dzieci" byle komu? Nie wiedząc jaki będzie ich los? Zostawić sobie? Ile kotów można mieć w domu? Wszystkie trzeba karmić, szczepić, odrobaczać a niekastrowane, zaczną się mnożyć między sobą. Wyrzucić? Oddać do schroniska? Każdego z takim poglądem zapraszam do nas. W tym roku do opolskiego schroniska trafiła grubo ponad setka kociąt. Kilkadziesiąt nie przeżyło. Kilkadziesiąt siedzi w klatkach, mniejszych czy większych. Nawet, jeśli znajdzie się dla wszystkich „swoich" kociąt domy, to te kocięta, które już są na świecie, są w schronisku i już cierpią tracą szansę na potencjalne domy, właśnie na korzyść tych rozmnażanych świadomie. Właśnie my – ludzie, myślący, mający sumienie możemy zmienić ich los, nie dopuszczając do kolejnych narodzin.